The Clash - The Guns Of Brixton
When they kick at your front door, How you gonna come?
With your hands on your head, Or on the trigger of your gun?
When they kick at your front door, How you gonna come?
With your hands on your head, Or on the trigger of your gun?
Na lewo widzisz listę tematów - słów kluczowych, którymi opatruję artykuły. Po kliknięciu w dany temat zostanie wyświetlona lista wpisów opisanych wybranym słowem. Zamiast tego objaśnienia pojawią się dodatkowe słowa kluczowe, dzięki którym doprecyzujesz tematykę wpisów jakie mają się wyświetlić na liście. Jeśli nie wiesz co to za strona kliknij tutaj.
Okładka Przyznam bez bicia, że kupiłem tę książkę z sentymentu i z wyrachowania. Po pierwsze napisał ją EuGeniusz zwany także Dębskim, czyli miałem jaką taką pewność, że przeczytam do końca (lubię po prostu styl Pana Geniusza). Po drugie miała fajowy malunek na okładce, przypominający mi klimaty Shadowrunowe, do których tęsknię. Po trzecie była niedroga. Po czwarte wreszcie – od razu widać było, że nie będzie to lektura trudna, poruszająca ważkie tematy i stawiająca filozoficzne pytania o sens bytu, tylko lekka cyberpunkowa powieść o przemądrzałym detektywie robiącym w konia swoich przeciwników. Czegoś takiego moje przepracowane zwoje mózgowe potrzebowały. I dokładnie to dostałem.
Jak to z EuGeniuszem i jego stylem (w moim przypadku) bywa książeczka nie stawiała większych oporów i ‘weszła mi’ bardzo gładko. Intryga prosta jak drut, postaci nie nazbyt głębokie, akcja przewidywalna i dość schematyczna. Kołem napędowym i wyróżnikiem tej opowieści, jak mi się wydaje, miał być tu chwyt polegający na wciągnięciu w wir przygód i niebezpieczeństw całej rodziny bohatera (razem z psem), co może nie jest posunięciem odkrywczym ale dodało troszkę smaczku i sposobności do różnych fabularnych ewolucji. Wydaje mi się nawet, że autor słabo wykorzystał tę szansę i można by zagrać na tej strunie mocniej. Z drugiej strony odniosłem momentami wrażenie sztuczności niektórych familijnych zachowań bohaterów, dialogi bywają nieco wymuszone a cała głębia stosunków rodzinnych skupia się na głównym bohaterze, nie prezentując zbyt wiele od strony reszty rodziny. Zakończenie również nie zachwyca, raczej nagle orientujemy się, że autor chyba nagle zorientował się, że musi zmieścić się na kilku stronach i naprędce ucina wszystkie wątki.
Szkoda trochę, że poza rozpoznawalnym stylem narracji – trochę luzackim, trochę stylizowanym na język potoczny – i dialogów, niewiele dobrego da się o tej książce powiedzieć. Może nieco ciepłych słów o zaprezentowanych technologiach sieciowych, które są dosyć przejrzyście ale nie nachalnie wyjaśnione, mają też sporo wspólnego z kierunkami w które udaje się obecna Sieć. Nie ma tu może nie wiadomo jakich odkryć i pomysłów, ale widać, że autor nie błądzi jak dziecko we mgle tylko swoje wie i potrafi to rozwinąć w dość prawdopodobne pomysły.
Poza tym – pozycja dla poszukujących naprawdę nieskomplikowanej w formie i treści rozrywki. Polecam jeśli lubicie klimaty near-future, cyberpunk, spiski rządowo-korporacyjne i chcecie odpocząć przy jakimś lekkim kawałku.
Kiedyś, dawno, dawno temu, obiecałem sobie i Wam - wiernym czytelnikom tego bloga (razem będzie jakieś 3 osoby), że będę prowadził "pamiętnik znaleziony w logu" czyli opisywał moje boje z linuxem a konkretniej z serwerem dedykowanym pod hosting moich stron www.
Dziś wrócę do tej tematyki opisując jak na systemie debian w wersji 5 (o ile pamiętam to jest lenny) zbudowałem prosty backup plików i baz danych.
System jest banalnie prosty, żeby nie powiedzieć prostacki, ale lepszego na razie nie potrafię zrobić, jak się nauczę - opowiem.
Dla wszystkich zainteresowanych losem stron basoofka.net, elimu.pl i niniejszego bloga wyjaśniam co się ostatnio działo.
- 8.06 otrzymałem informację z serwerowni, że mają awarię zasilania,
- 9.06 dostałem mail, że serwer po awarii już nie odżył a z dysku prawdopodobnie nic nie da się odzyskać,
- 10.06 potwierdziło się podejrzenie serwerowni - dysk uszkodzony w wyniku awarii, koszty odzysku danych w firmie Ontrack - około 300$+10$ za 100MB co daje jakieś 500-600$ - niestety nie stać mnie na taki wydatek,
- mniej więcej do przedwczoraj trwały próby ożywienia naszego starego serwera, potem serwerownia próbowała wcisnąć mi inny, o gorszych parametrach, dlatego powiedziałem grzecznie 'dziękuję, idźcie na drzewo' i wraz z naszym opiekunem serwerowym (pozdrowienia Patryk!) podjęliśmy poszukiwania czegoś innego. Teraz maszynka jest nieco słabsza - IBM Dual Xeon 2,8GHz, 2GB RAM, ale przynajmniej stoi w Polsce, co przekłada się na mniejsze pingi.
No i teraz najważniejsze: mój permanentny brak czasu i odkładanie na później budowy systemu codziennych kopii zapasowych spowodował utratę cennych danych. Z grubsza wygląda to tak, że najświeższe kopie mam z końca kwietnia, ale nie zawierają one wszystkiego - są to głównie kopie baz danych, czyli teksty (treść, komentarze). Kopie plików (np. ładowane obrazki do galerii basoofki, zdjęcia do artykułów, czy avatarki użytkowników) mam, w zależności od serwis - z kwietnia, marca i (co najgorsze dotyczy to basoofki) z grudnia 2008.
W tej chwili staram się posklejać te kopie w jak najpełniejszą i najnowszą wersję i sukcesywnie uruchamiam serwisy:
- elimu.pl (działa),
- blog.elimu.pl (działa)
- palikowski.net (jak widać, działa)
- webware.palikowski.net (działa)
- basoofka.net (w trakcie rozruchu)
Ta ostatnia strona będzie uruchomiona najpóźniej, prawdopodobnie dopiero pod koniec tygodnia, ponieważ przy tej okazji chcę ją nieco poprawić i ulepszyć, zaktualizować skrypt do drupala 6 no i napisać porządny plan backupów.
Wszystkich zawiedzionych i sfrustrowanych użytkowników moich serwisów bardzo przepraszam. Na swoją obronę mam tylko pracę, rodzinę i ciągły brak czasu (np. 5-tygodniowy remont), które to zajęcia skutecznie odciągały mnie od przygotowania systemu APCKZ - Automatycznych Porządnych Codziennych Kopii Zapasowych
Dla wzrokowców – Fotorelacja z urlopu.
Znowu do ostatniej chwili nie byliśmy pewni czy uda się wyjechać na tę wycieczkę. Na szczęście zapalenie oskrzeli Emilki udało się przegonić na czas i ruszyliśmy w drogę. Wyprawa dofinansowana z pracy, więc za niewielkie pieniądze udało się odpocząć tydzień w przyjemnym ośrodku hotelowo-sanatoryjnym Argentyt. Przyzwoite pokoje z łazienkami i przede wszystkim disney channel w TV :). Do plaży jakieś 300m, sama miejscowość o tej porze wyludniona i trzeba było się naszukać otwartej knajpy, ze sklepem już było lepiej. Emila przypomniała sobie morze i plażę, tym razem miała kilka wersji – w deszczu, w słońcu, w śniegu i jeszcze w kombinacjach, np. śnieg plus słońce. Pogoda dała pokaz możliwości krótko mówiąc. Oczywiście niezależnie od pogody i standardu hotelowego było super bo wypoczywaliśmy razem.
Z kronikarskiego obowiązku – 12 marca roku 2009 obchodziłem urodziny numer 31. Tak po prawdzie to dopiero 3 dni później wychyliłem na tę okazję odpowiednią ilość piwa, ale lepiej późno niż wcale.
Jeśli ktoś zastanawia się jak to jest mieć 31 lat odpowiadam – najzupełniej normalnie. Nic się nie dzieje, nie ma dramatu, wszystko jakoś tak samo powoli ewoluuje w kierunku kolejnych drobnych zmian – tak ciała jak i ducha. Na dzień 16 marca moje całe siły życiowe kieruję w stronę takiej jednej małej żaby oraz jej mamy, którym tę notkę dedykuję.
Żaba zaprezentuje się Państwu na http://www.youtube.com/user/kpalikowski. Poniżej żaba w rzadko spotykanej technice młodych Jedi – multitasking na mopa i telewizor:
Co ja się będę rozwodził, 2 lata minęły mi jak 2 tygodnie, a moja córka zmieniła się przez ten czas nie do poznania. Urodzinowy dzień był od samego rana magiczny, wypełniony niespodziankami i pysznościami. Na sam koniec elektrownia dała gratisowy zanik prądu w całej wsi na 2 godziny - idealny prezent, Emila mogła polatać z latarką i pozdmuchiwać świeczki, rewelka. Resztę zobaczcie w fotorelacji - http://picasaweb.google....
Łyżwy Do 14.02.2009 byłem łyżwiarskim prawiczkiem, ale nawet 31-letni facet musi raz na jakiś czas czegoś nowego spróbować, zatem spróbowałem. Magda, sama jeszcze niedawno łyżwiarska dziewica, próbowała po raz drugi. Obyło się bez zwichnięć, potłuczeń, wstrząsu mózgu. Emilka też trochę pośmigała, asekurowana przez zawodowego łyżwiarza Tomasza B.
Gdyby ktoś się pytał - super sprawa. Lodowisko w lubińskim OSiR również bardzo przyjemne, a całorodzinna zabawa na 45 minut kosztowała nas jakieś 27 czy 30 pln.
Co najlepsze, od kuśtykania przy bandzie, do w miarę pewnego kuśtykanio-ślizgania się po lodzie, w tym omijania kuśtykających czy plotkujących przy bandzie, dzieli jakieś 10 minut prób. W skrócie - naprawdę nie jest trudno zacząć jeździć! Pełne zaskoczenie :).
Nastudiowałem się, że hej. Po brawurowym końcu roku przyszedł czas świąt i zrozumiałem, że posiadanie dyplomu magistra jest fajne, ale:
1. To niezbyt fajne przez najbliższe 1,5 roku wybierać czy wracając do domu: a) odwracam się tyłkiem do rodziny i studiuję, b) jestem mężem i ojcem do momentu położenia Emilki spać, a potem siadam do studiów, zasypiając nad laptopem około północy i po 5 godzinach snu jadę do pracy z zapałkami w oczach.
2. Chyba już jestem za stary żeby w ciągu 2 tygodni: napisać sklep internetowy, wyprodukować kilka stron (sensownej) strategii informatyzacji fikcyjnej firmy, zrobić kilka upierdliwych zadań z baz danych (nad samymi zadaniami z baz siedziałem bite 3 wieczory), napisać 'prostą aplikację oferującą funkcje jednego z modułów erp', namalować w 3dmax lokomotywę, zrobić diagramy UML do jakiegoś systemu, wykonać parę plików z użyciem XML i jego przeróżnych rozszerzeń i napisć w PHP grę kółko i krzyżyk.
Może nieco wyolbrzymiam, może nastąpiło spiętrzenie akurat w te dwa tygodnie o których piszę, może dało się to jakoś rozłożyć, oddać zadania później kosztem obniżenia ocen, ale de facto takie mniej więcej jest tempo studiowania na PUW. Nie wspomnę obowiązkowej aktywności na forach dyskusyjnych poszczególnych przedmiotów, gdzie często pojawiają się zadania dodatkowe :). O ile jest się ekspertem we wszystkich tych dziedzinach, to super, ale w innym wypadku trzeba jeszcze przeczytać wszystkie materiały, których co 2 tygodnie jest około 150 stron.
Tak to w skrócie wygląda. Wolę studiować z żoną jak rozwija się nasza córka, a po położeniu jej spać oglądnąć jakiś film, wypić herbatę i popisać tego czy innego bloga :).
PS. Powyższe nie znaczy, że to moje ostatnie studenckie słowo. Warto było spróbować i trochę żal przerywać kiedy część przedmiotów była zaliczona a część na najlepszej drodze. Może kiedyś wrócę do tematu jak będę miał nieco mniej napięty terminarz codzienny.
Wstydliwa biała plama na liście obejrzanych filmów w końcu wywabiona. Obejrzałem “Taksówkarza“ i już rozumiem dlaczego tyle osób go poleca. Obraz nakręcony ponad 30 lat temu zamiast trącić myszką jeszcze zyskał na aktualności.
Święta, Nowy Rok, długie weekendy – wszystko to pomaga odrabiać różne zaległości. Można przykładowo napisać odkładane w nieskończoność zadania na studia, ale pokusa wieczoru spędzonego w dobrym towarzystwie, przy trunkach, zakąskach i ciekawym filmie była zbyt silna.
Film ten znany jest szczególnie z kilku końcowych kadrów, gdzie De Niro paraduje cały zakrwawiony, z irokezem… no ale to kadry końcowe, więc nie napiszę więcej o nich. Szczególnie że o wiele ciekawsze jest pierwsze 3/4 filmu, czyli historia która kończy się tak dramatycznie.
Cała akcja skupia się na głównym bohaterze, który z początku wydaje się dosyć zwyczajnym, zmęczonym życiem facetem. Podejmuje pracę jako taksówkarz i całymi nocami wozi klientów. Jeździ tam gdzie inni nie zaglądają – Brooklyn, Bronx, Harlem.
Dość szybko okaże się, że Travis Bickle nie zamierza biernie obserwować jak jego miasto zalewa fala ludzkiego śmiecia. Były żołnierz marines nie radzi sobie z traumą po wojnie a miejska dżungla okazuje się równie nieprzyjemna jak ta w Wietnamie. Postanawia oczyścić miasto z brudu.
Obraz skupia się na pokazaniu jak główny bohater przekracza kolejne drzwi wiodące do szaleństwa, jak przygotowuje się do ‘misji’, pogrążając się w psychozie i osamotnieniu.
Film wywarł na mnie spore wrażenie. Świat w nim pokazany wcale się nie zestarzał, można by nawet powiedzieć, że to co 30 lat temu było wynaturzeniem i szokiem dziś jest normą – widzimy ją za oknem, w wiadomościach, gazetach. Obraz ma w sobie to ulotne coś – nie wiem czy to zasługa świetnej roli Roberta de Niro, nocnych zdjęć Nowego Jorku, niesamowitej muzyki czy przykuwającej do ekranu fabuły. Czułem się jak na seansie filmu z pogranicza Pulp Fiction i onirycznych wizji Davida Lyncha.
Rzadko piszę tyle o filmie – wolę je oglądać niż recenzować, ale ten naprawdę gorąco polecam.
W zalewie disneyowsko-pixarowskiej przeciętności Kung Fu Panda jest na tak wysokim poziomie, że z przyjemnością wrzucę tę płytkę po raz drugi do odtwarzacza.
Bycie ojcem ma wiele dobrych stron, jedną z nich jest odrobienie zaległości z bajek. Króla Lwa nadal nie obejrzałem, ale mam już ‘na półce’ i wkrótce żona przestanie się ze mnie śmiać z tego powodu. Nieco przypadkowo obejrzałem za to Kung Fu Pandę.
Od początku zaskakuje jakość animacji i styl – przechodzący płynnie od mangowego, płaskiego do scenerii w pełni trójwymiarowej i perfekcyjnie dopracowanej. Każdy szczegół, ruch, mimika, detal jest dopieszczony jak rzadko. Coś takiego możemy spotkać naprawdę w nielicznych produkcjach, osobiście ostatnio widziałem taki poziom w Ghost In The Shell 2.
Fabuła jest śmieszna, wciągająca, nie nazbyt moralizatorska, ale też nie głupia i pusta. Polecam serdecznie, dla dużych i małych dzieci.
![]()
Nazywam się Krzysztof Palikowski. Na stronie znajdziesz wpisy dotyczące spraw prywatnych (rodzinne wspomnienia, zdjęcia) oraz moich pasji – internetu, kultury, systemów CMS, informatyki i jej wpływu na życie.
Jeśli interesujesz się aplikacjami online, internetem, web2.0, zapraszam na http://webware.palikowski.net
Więcej o mnie znajdziesz http://palikowski.net/autor, oraz na GoldenLine, LinkedIn.